Skąd się wzięło państwo? O koncepcjach Hobbesa i Russeau


Notice: Undefined variable: footnotelist in /home/tologicz/domains/tologiczne.pl/public_html/wp-content/plugins/latex2html/inc/core.php on line 475

Thomas Hobbes i Jean Jacques Rousseau byli nowożytnymi filozofami, którzy poruszyli problem opozycji między stanem natury a państwem. Obaj szukali odpowiedzi na pytania o właściwy ustrój państwa, zasadność umowy społecznej i przyczyny jej zawarcia, jednakże doszli do zgoła różnych odpowiedzi i rozwiązań.  Jakie są różnice i podobieństwa w koncepcjach obu filozofów?

Myśl Hobbesa jest ściśle związana z wydarzeniem, które rozpoczęło się, gdy miał sześćdziesiąt cztery lata. To zdarzenie utkwiło mu w głowie tak bardzo, że w zasadzie na wszystko patrzył przez jego pryzmat. Stał się bowiem świadkiem wojny domowej w Anglii, okrutnego, krwawego, kosztownego i śmiercionośnego konfliktu między parlamentem i królem. Będąc człowiekiem o łagodnym usposobieniu, wrażliwym na cierpienie ludzkie, patrzył z przerażeniem na konsekwencje osłabienia władzy monarchicznej. Sankcja religijna w tym okresie straciła na sile, w świadomości ludzi pojawiła się myśl, że władza wcale nie pochodzi od Boga, tylko z dołu – od ludu. W średniowieczu władcy należało słuchać z prostego powodu – jeśli ktoś się sprzeciwił, mógł być pewien, że Bóg wyśle go do piekła, gdzie będzie smażył się w bólu i cierpieniu. Politycy zaczęli jednak kwestionować ów pogląd i doszli do wniosku, że to są jakieś bajki – przecież każdy widzi, że władza jest tak długo, jak ludzie jej słuchają i na to pozwalają. To zatem daje ludziom prawo decydować o tym, kto i jak długo tę władzę może sprawować. Przypuszczam, że Hobbes, widząc możliwe dramatyczne skutki koncepcji umowy społecznej i jednocześnie będąc świadomym, że nie ma już odwrotu, że nikt ponownie nie uwierzy w boskie źródło władzy, postanowił właśnie za pomocą tej umowy społecznej obronić władzę monarchiczną. Nie wynikało to bynajmniej z jakiejś wielkiej sympatii, którą darzył władzę absolutną, lecz z chęci uniknięcia chaosu i rozlewu krwi, właśnie takiego, jaki przyszło mu obserwować w sędziwym wieku.

Rousseau motyw do podjęcia analizy państwa i stanu natury miał natomiast zupełnie inny. Jedna ze znanych anegdot głosi, że jadąc odwiedzić swojego przyjaciela, Diderota, przeglądał gazetę i zauważył ogłoszenie o konkursie organizowanym przez Akademię w Dijon. Trzeba było napisać pracę, która odpowiada na pytanie, czy odrodzenie nauk i sztuk przyczyniło się do naprawy obyczajów. Rousseau postanowił, wbrew intencjom autorów konkursu, uzasadnić odpowiedź negatywną. Jak się zdaje, organizacja społeczeństwa, w której żył, wydawała mu się zepsuta. W odróżnieniu od Hobbesa, podejmuje się krytyki państwa i społeczeństwa w zastanej przez niego postaci, przyznając wartość hipotetycznemu stanowi natury i demokratycznemu ustrojowi, który do tego stanu natury jest w jakiś sposób podobny. Twierdzi, że podwalinami cywilizacji są potrzeby cielesne człowieka, zaś cała sfera duchowa stanowi w pewnym sensie tylko ozdobę, która ma przykryć łańcuchy, do których ludzie są przykuci. Te łańcuchy to cywilizacja, próżna kultura będąca koncertem fałszu, mirażem postępu obyczajów. Człowiek dystansuje się od siebie samego, ubiera maski i szuka poklasku. Cywilizacja nie przyczynia się do naprawy obyczajów – ona prowadzi do zepsucia moralnego człowieka. Społeczeństwo, państwo, w którym Rousseau żyje, to świat panów i niewolników, bogatych i biednych, władców i poddanych. To rzeczywistość pełna nierówności.

Dla Hobbesa świat władców i poddanych jest konieczny. To w zasadzie jedyny warunek zachowania pokoju i zapobiegania rozlewowi krwi. Bez silnej władzy ludzie dziczeją. Ku przestrodze wprowadza hipotetyczny stan natury, w którym człowiek jest człowiekowi wilkiem. Ludzie z natury są egoistami, dążą do maksymalizacji swojej przyjemności i ograniczania cierpienia. Z pierwszego wynika, że zawszą chcą więcej i więcej, żeby żyło im się lepiej. Z drugiego zaś lęk przed utratą życia, a zatem pragnienie ciągłego podtrzymywania swojego istnienia i jego ochrony. W stanie natury panuje jednak konflikt, a zatem niemożliwe jest bezpieczne życie. Ludzie żyją tam w ciągłym strachu, to okropne i przerażające miejsce – stan wojny każdego z każdym. Co na to powiedziałby Rousseau?

Dla niego jest zupełnie odwrotnie. Stan natury to miejsce, w którym ludzie są szczęśliwi, mogą zaspokoić wszystkie swoje potrzeby, nie wchodzą w konflikty ze sobą, nie dystansują się od siebie. Dziki człowiek to człowiek wolny od pracy i osądu. Nie musi wpasowywać się w społeczne konwenanse, nie musi nikogo udawać. Jest po prostu głupiutkim sobą z ograniczoną ilością potrzeb. Nie bierze udziału w wyścigu o pozycje społeczne, bo nie ma żadnego społeczeństwa. Nie jest nawet ani dobry, ani zły, ani egoistyczny, ani altruistyczny. Żyje poza moralnością, nie ma bowiem żadnych norm. Ludzie są samotni, ale szczęśliwi. Spotykają się w zasadzie tylko w celach prokreacyjnych, a poza tym każdy żyje na własną rękę. Myślę, że zasadniczą różnicą między Hobbesem i Rousseau w postrzeganiu stanu natury jest zapatrywanie się na dostępność do zasobów. U Rousseau, jak się zdaje, człowiek może zaspokoić wszystkie swoje potrzeby, są one jakby niewyczerpalne. Nie ma zatem zasadniczych powodów do konfliktu, bo natura daje tyle, ile ludziom potrzeba. U Hobbesa natomiast ludzie walczą o ograniczone zasoby.

Zawarcie umowy społecznej u obu filozofów jest dziełem intelektu. Jednakże istnieje pewna zasadnicza różnica w ich poglądach co do tego, jak powstało państwo. Ludzie, zmęczeni ciągłym życiem w strachu w stanie natury Hobbesa, postanawiają zrezygnować z części swoich roszczeń i przekazać władzę w ręce jednostki, aby ta, w zamian za zrzeczenie się przez lud części swojej wolności, zapewniła swoim poddanym bezpieczeństwo. Motywem zatem jest obawa i rozsądek – pokój lepiej realizuje potrzebę maksymalizacji przyjemności i minimalizacji cierpienia niż życie w dziczy. Jest to świadomy i celowy wybór. U Rousseau sprawa wygląda zgoła inaczej. Zagęszczenie ludzi na ograniczonym obszarze doprowadziło ich do konieczności rozpoczęcia osiadłego trybu życia. Mieszkając obok siebie z konieczności zaczynają nawiązywać relacje i tak powstają rodzina. Tę z kolei trzeba utrzymać, wyżywić, a więc pojawia się i praca. Wpierw podzielona ze względu na płeć, potem na gałęzie produkcji. Wraz z gałęziami produkcji pojawia się własność prywatna. Tak powstaje organizacja społeczna, która oparta jest na własności prywatnej, a zatem nierównościach i niesprawiedliwości. Jest ona w zasadzie niezaplanowana, nie jest dziełem celowym i świadomym.

To, co zdaniem Rousseau, wyróżnia ludzi spośród zwierząt, to zdolność do doskonalenia się, wolna wola i litość. Wszystkie te zdolności w stanie natury są tylko potencjalne, niezrealizowane. Powstanie społeczeństwa jest potrzebne, aby w człowieku doszło do realizacji tych potencjałów. Niestety społeczeństwo, w którym Rousseau żyje, skupia się na wyścigu szczurów, intelektualnym zniewoleniu, próżnych ambicjach i nierównościach. Powrót do natury jest niemożliwy, ale również i niepotrzebny. Rousseau uważa, że społeczeństwo jest potrzebne, aby człowiek w pełni zrealizował swoje człowieczeństwo, aby doskonalił się moralnie, aby ta litość zamieniła się w miłość do ludzkości. Jednak nie może to być takie społeczeństwo, które jest pełne nierówności i niesprawiedliwości. Potrzebna jest więc nowa organizacja społeczna, oparta na zmienionej umowie społecznej między ludźmi. A więc o ile u Hobbesa umowa społeczna powstaje raz i przy zrzeczeniu się pewnych roszczeń, jako celowe i świadome wyjście ze stanu natury, tak u Rousseau samo wyjście ze stanu natury nie jest jeszcze świadomą decyzją ludzi. Człowiek jednak, żyjąc w cywilizacji, jest rozumny, a zatem świadomie może zmienić warunki tej umowy i utworzyć społeczeństwo demokracji bezpośredniej, oparte na woli powszechnej, która realizuje naturalną potrzebę wolności człowieka.

U Hobbesa, w odróżnieniu od Rousseau, powrót do stanu natury jest możliwy i, mając na uwadze jak okropnym jest miejscem, filozof przestrzega lud przed buntowaniem się przeciwko władzy. Umowa społeczna nie podlega renegocjacji, poddanym nie wolno zmienić warunków raz zawartej umowy. Nie wolno wypowiedzieć posłuszeństwa władzy, bo skończy się to powrotem do stanu natury. Władca absolutny musi pozostać nietknięty, bowiem tylko on jest gwarantem bezpieczeństwa. Wolno mu zatem robić w zasadzie, co tylko żywnie się podoba, a ludzie muszą być posłuszni, bo to i tak lepsze niż życie w stanie natury, gdzie trwa wojna każdego z każdym. Czy to oznacza, że człowiek nie jest wolny? Hobbes odpowiada, że wciąż przecież posiada wolność w sprawach dotyczących życia codziennego. Pewną dozę wolności zatem jak najbardziej posiada. Jednak przede wszystkim jest poddanym, który grzecznie musi słuchać się władcy absolutnego, któremu wolno nawet stosować przemoc w uzasadnionych sytuacjach. Co ciekawe, zasadność tych sytuacji tak naprawdę ustala sam władca – na tym bowiem polega absolutność jego władzy. Jeśli zaś monarcha okazuje się tyranem, to wina leży po stronie ludu – gdyby ludzie umieli żyć w pokoju i sami sobą rządzić, władca absolutny nie byłby potrzebny. Stajemy zatem w obliczu wyboru między mniejszym i większym złem. Jedyny dopuszczalny przypadek, jak się zdaje, aby sprzeciwić się władcy, to w sytuacji, gdy bezpośrednio nastaje na wolność i życie człowieka – chociaż i to nie przyniesie ratunku, bo uciekając od jednego władcy, trzeba poddać się innemu.

Rousseau jak najbardziej dopuszcza, a nawet zaleca zmianę warunków umowy społecznej, która jest w zasadzie dziełem przypadku. Zadaniem filozofa, jego zdaniem, jest znalezienie takiej formy organizacji społecznej, w której natura człowieka nie jest zduszana przez społeczne konwenanse i może czuć się wolny. Sam zatem zarysowuje model takiego społeczeństwa, w którym ludzie są podporządkowanie prawu, które sami stanowią. Lud zatem staje się suwerenem, a nie grupą poddanych, jak u Hobbesa. Państwo, w którym człowiek jest wolny, to państwo, w którym realizuje się wola powszechna, różna jednak od woli wszystkich. Ów tajemniczy zwrot wola powszechna nastręcza wielu problemów. Cóż to w zasadzie znaczy? Z całą pewnością nie jest to właśnie po prostu głos „za” wszystkich ludzi, którzy biorą udział w głosowaniu. To coś głębszego, co tkwi w każdym człowieku, ale musi zostać wydobyte. Wola powszechna, jak się zdaje, jest tkwiącą w nas prawdziwą potrzebą, która wyraża się wtedy, gdy obywatele głosują niezależnie. Wtedy znoszą się różnice między poszczególnymi wolami i do głosu dochodzi wola powszechna, jedyna, która jest w stanie zrealizować dobro i wolność. Cóż zatem w sytuacji, gdy jednostki mają inne zdanie? Mylą się. Nie odkryły jeszcze w sobie prawdziwej woli, to znaczy woli powszechnej, która prowadzi do wolności obywatelskiej. Rousseau twierdzi, że potrzebny jest prawodawca, który oświeci lud i wydobędzie z niego prawdziwą wolę. Ci, którzy są zaślepieni, mogą zostać przymuszeni i nie ma w tym niczego złego – w końcu zmuszanie jednostek do realizacji woli powszechnej, to de facto zmuszanie ich do wolności. Demokracja bezpośrednia zatem nabiera u Rousseau charakteru totalitarnego – to totalne rządy woli powszechnej, której każdy winien się podporządkować, bo tylko wtedy będzie wolny. Wolność tę z kolei Rousseau pojmuje jako wolność do, zatem obywatelską. Państwo staje się wtedy jakby jednym ciałem, całościowym organizmem, który jest swoistą, metafizyczną jakby wolą, która jest nie do uchwycenia, ma charakter trochę mistyczny.

Analizując obie koncepcje umowy społecznej można się zastanawiać, w którym społeczeństwie człowiek jest tak naprawdę wolny – Hobbesa czy Rousseau? Czy te wizje nie wydają się być bardzo pesymistyczne? Zdaje się, że w obu przypadkach człowiek jest na swój sposób zniewolony – u Hobbesa wolność jednostki zależy do widzimisię władcy, zaś u Rousseau dochodzi do paradoksu – jednostka może być zmuszona do wolności, a jednocześnie przymus wskazuje zniewolenie. U Hobbesa człowiek stoi w obliczu wyboru między mniejszym i większym złem – albo się podporządkuje władcy tyranowi, albo wróci do okrutnego stanu natury. U Rousseau z kolei pojawia się nadzieja na ustrój realizujący wolność, jednakże paradoksalnie, gdy Rousseau mówi, że współczesna mu organizacja społeczna prowadzi do tyranii, a potem proponuje w zamian społeczeństwo oparte na woli powszechnej, w zasadzie sugeruje nową tyranię – tyranię wolności, która staje się niewolą.

W koncepcji Rousseau mamy do czynienia w zasadzie ze skrajnym antyindywidualizmem. Zakres wolności jednostki jest wyznaczony przez wszechwładny ogół. Za każdym razem, gdy jednostka ma inne zdanie od ogółu, jest w błędzie i musi mu się podporządkować. Największy problem stanowi ów tajemniczy ogół, nie jest jasne do końca, kto miałby go wyznaczać i czym on w zasadzie jest. Cała koncepcja to atak na tradycję i to, co utarte. Motywy Rousseau są zatem zgoła inne niż u Hobbesa. Rousseau pragnie upadku starych organizacji społeczeństwa, chce oddać władzę w ręce suwerena, nie podoba mu się to, co zastaje. Postuluje rewolucję, wielki bunt przeciwko zastanemu porządkowi i zniesienie tego, co przestarzałe na jednym głosowaniu, zgodnie z wolą powszechną. Hobbes postępuje zupełnie inaczej – on chce chronić porządek, w którym żyje. Przeraża go rewolucja i bunt. Monarchia najlepiej realizuje potrzebę bezpieczeństwa człowieka. Jak się zdaje, dla Hobbesa ważniejsze jest bezpieczeństwo niż wolność. Rousseau widzi to inaczej – wolność jest dla niego najważniejsza, chociaż jednocześnie wpada w paradoks i wolność, o której mówi, staje się dla wielu niewolą, bowiem idea woli powszechnej zdaje się być po prostu utopią.

Ma się nieodparte wrażenie, czytając dzieła Rousseau i Hobbesa, że ten pierwszy jest wielkim marzycielem, zaś drugi bardzo przyziemnym i praktycznym w swoich poglądach filozofem. Rousseau jest bardzo romantyczny – wielka wizja odnowy społecznej, usunięcia tego co skostniałe i zastąpienia nowym, wyidealizowanym do granic możliwości wolnym społeczeństwem, w zasadzie totalitarnym. Hobbes natomiast nie idealizuje monarchii, której broni – po prostu uważa ją za najlepsze dostępne rozwiązanie. Marzenie Hobbesa się nie spełniło – jak dziś wiemy, pochód demokracji doprowadził do upadku monarchii absolutnej. Myśl Rousseau natomiast silnie oddziaływała i oddziałuje do dzisiaj. Jego rewolucyjne idee wpierw okazały się być inspiracją dla wielu „demokratycznych terrorystów”, którzy siłą i przemocą próbowali zmusić ludzi do podporządkowania się nowemu ustrojowi. Później niektóre jego idee, chociażby ta o woli powszechnej, właśnie zostały częściowo wchłonięte przez nowoczesne społeczeństwa zachodnie, stając się fundamentem nowoczesnej myśli demokratycznej.

Zarówno Hobbes jak i Rousseau zatem zajmowali się stanem natury, wyjściem z niego i problemem wolności. Obaj jednak doszli do różnych rozstrzygnięć i rozwiązań – dla Hobbesa stan natury był zły i stanowił swoisty straszak, dla Rousseau to była wspaniała, romantyczna wizja miejsca pełnego szczęścia, wyrażała jego tęsknotę do świata, w którym człowiek nie jest skrępowany normami społecznymi. Obaj również akceptowali pogląd, że społeczeństwo powstało w wyniku zawarcia umowy społecznej, tyle że u Hobbesa jest to gotowa już, niepodlegająca renegocjacji umowa między władcą i poddanymi, zaś u Rousseau dzieło przypadku, dlatego też ów zwiastujący nadejście romantyzmu filozof proponuje zmianę jej warunków, tak, aby była to umowa między ludźmi na zasadzie równych praw wyborczych.

Jeśli chcesz więcej, zobacz:

1. J.J. Rousseau, Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności, [w:] Trzy rozprawy z filozofii społecznej, przeł. H. Elzenberg, Warszawa 1956.

2. J.J. Rousseau, Umowa społeczna, tłum. P. Antoni, Kęty 2009.

3. T. Hobbes, Lewiatan czyli materia, forma i władza państwa kościelnego i świeckiego, przeł. Cz. Znamierowski, Warszawa 1954.

Hej, polub mojego fanpage’a! Dzięki temu będziesz na bieżąco 🙂

[xyz-ihs snippet=”Facebook-box”]

Zostaw komentarz!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.